Wszechświat uwielbia płatać nam figle.

Znalazła planetę, na której nie powinno jej być.

WD 1856b. Gazowy gigant. Obracanie się wokół martwego obiektu. W rzeczywistości jest to biały karzeł – zwęglony szkielet gwiazdy podobnej do naszego Słońca. Dopiero w 2020 roku stało się jasne, że taki świat istnieje i wtedy zagadka wydawała się prosta. Jak planeta może przetrwać, gdy jej gwiazda macierzysta zapada się w gęsty, stygnący żar?

A teraz?

Teraz mamy nowe dane. Opublikowano je dzisiaj w czasopiśmie Nature i szczerze? Robi się jeszcze dziwniej. Planeta nie tylko przetrwała. Trzymała atmosferę. I ta atmosfera jest ciepła. Nie gorący i nie zamrożony, ale uparcie zatrzymujący ciepło.

Zespołem kierował Ryan McDonald z Uniwersytetu St Andrews. Przyznaje, że zaskoczyło to naukowców.

„Była niepodobna do żadnej egzoplanety, którą kiedykolwiek obserwowaliśmy”.

To sprawiło, że podrapałem się po głowie. I w dobry sposób.

Aby zrozumieć istotę tego zjawiska, należy pamiętać o podstawach samobójstwa gwiazd.

Nasze Słońce nie jest wystarczająco masywne, aby eksplodować jako supernowa. Żadnych fajerwerków. Zamiast tego będzie się rozwijać. Zwiększy swój rozmiar. Stanie się ciemnoczerwony. Stanie się czerwonym olbrzymem, puchnącym, aż pochłonie planety wewnętrzne. Następnie zewnętrzne powłoki odlecą w przestrzeń, a to, co pozostanie, skurczy się. Pojawi się biały karzeł. Mały, ale ciężki.

A co z pobliską planetą?

To jest katastrofa. Zostanie albo wchłonięty, albo wyrzucony, a może, jeśli grawitacja na to pozwoli, przejdzie na ciaśniejszą orbitę. Większość światów nie przetrwa. WD 1856b przetrwał. Kończy rewolucję w ciągu około trzydziestu czterech godzin. Jest blisko. Za blisko.

Co prowadzi nas do dwóch teorii na temat tego, jak się tu znalazł.

Wyjaśnia to Christopher O’Connor z Northwestern University.

Opcja A: Gwiazda połknęła całą planetę, gdy stała się olbrzymem, a planeta w jakiś sposób „unosiła się” w atmosferze gwiazdy wystarczająco długo, aby przetrwać zapadnięcie się.

Opcja B: Planeta była początkowo bezpieczna w dużej odległości, a następnie przeniosła się do wewnątrz, przyciągana przez grawitację.

Ciepło jest kluczem.

Naukowcy badali, jak szybko ochładzają się planety-olbrzymy na przestrzeni eonów. Obliczyli temperaturę WD 1856b.

A co by było, gdyby Teoria A była prawdziwa? Planeta powinna nadal wrzeć z powodu ciepła resztkowego nagromadzonego podczas jej przebywania we wnętrzu czerwonego olbrzyma.

Ale to nieprawda.

Jest zbyt fajna. Zatem prawdopodobnie wygrywa druga teoria O’Connora. Planeta spędziła ponad miliard lat w zewnętrznej zimnej pustce. Czekała. Potem zaczęła dryfować do środka.

Za każdym razem, gdy mijał białego karła, grawitacja zabierała część jego energii orbitalnej. Energia ta zamieniła się w ciepło. Orbita się kurczyła. Trajektoria spadała. Jak podkreśla McDonald, przy użyciu odpowiedniego aparatu można było zobaczyć, jak świeci. Jest to powolny taniec wymierania, spiralny upadek w stronę zwartej gwiazdy, która niegdyś jasno płonęła.

Dlaczego to jest ważne?

Pięć miliardów lat. Daj lub weź. Nasze Słońce wykonuje dokładnie ten taniec. Ziemia zostanie „ugotowana” i obróci się w pył. A Jowisz?

Jowisz przeżyje.

„Jowisz ma przed sobą długie życie” – mówi McDonald. „Nawet gdy Słońce jest tylko tlącym się węglem”.

Jeśli ktokolwiek będzie tam mógł to zobaczyć – jeśli obce oczy lub roboty sondy przetrwają ciemne wieki – będą w stanie „odczytać” chmury Jowisza. Podobnie jak WD 1856b. Jak książka napisana przez wiatr i ciśnienie, szczegółowo opisująca historię systemu, który nie chciał zniknąć całkowicie.

Chcemy wiedzieć, co się stanie, gdy zgasną światła. Okazuje się, że historia toczy się w ciemności, cieplejszej niż się spodziewaliśmy, krążąc wokół ducha.